Nie żebym jechała na kebaba. Choć przed wyjazdem sądziłam, że to kraina Turkiem i piwem płynąca. Jeśli więc co do tego drugiego pomyliłam się niewiele, to kebaba – takiego prawdziwego, stołecznego, nafaszerowanego kurczakiem nie uświadczysz. A na cienkim są jedynie rowery. Ooo tak. Rowery i kiełbasa… to znaczy kiełbasa podobnie jak rowery za każdym i na każdym rogu. Za to ja do oporu mogłam oddawać się mojemu zamiłowaniu do podróżowania piętrowymi dwuśladami. Myślałam, że z wiekiem przechodzi, czyli gdzieś w okolicach czwartej klasy podstawówki... Myliłam się... Jak zwykle z przyklejonym do twarzy aparatem, udokumentowałam 4 dni w Berlinie.
Z pozdrowieniami dla muzeum Helmuta Newtona...
+ bonus: obdachlose' style
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz