czwartek, 25 lutego 2010
run. f, run.
za dokładnie pięć godzin dwadzieścia minut wstaje. wyłączam budzik, myję zęby, a może i nie. twarz myję z całą pewnością, zakładam lewy but marki nike, zakładam prawy but tą samą sygnowany. uprzednio strój naszykowany wieczorem, stosowny. do biegania. słuchawka w usz.
trzy. dwa. jeden. start - sezon czas zacząć. jak najwcześniej. najlepiej, w ciemności, bo później jeden z drugim rozlezą się po ulicach, zatłoczą się w autobusach i tramwajach i radości, z aktywności, mnie pozbawią.
nie ukrywając. mieszkańcy tej dzielnicy przyjaźnie do biegaczy nie są nastawieni. choć przyjaźnie to złe słowo...przychylnie? tolerancyjnie? przywykle? wybałuszają w każdym razie oczy na widok osoby biegnącej, zbaczając z dróg prowadzących do miejsc pracy stałej, dorywczej, szkół zarówno publicznych, jak i społecznych, piekarni, aptek, totalizatorów...
mam nadzieję zbyt wielu ich nie spotkać za cztery godziny czterdzieści trzy minuty.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz